Święta za pasem, zimy jeszcze ani widu, ani słychu, lecz już w powietrzu unosi się urok pełnych magii świątecznych dni, kiedy to wszystkich otula spokój i radość. U nas czuć coś jeszcze… Delikatny korzenny aromat. Piernik!

Po około 4-5 tygodniach mogliśmy wreszcie nasz piernik wyjąć z lodówki. Choć wtedy wcale nie wyglądał jak piernik – był ciemną masą w postaci stałej.

Chwilę męczyliśmy się z wyjęciem go z miski, potem podzieliliśmy na trzy części i… pojawił się problem rozwałkowania tej twardej masy.  Na szczęście obecni dżentelmeni mieli trochę więcej sił od nas, dziewczyn, i bez problemu poradzili sobie z rozpłaszczeniem naszego ciasta 🙂 Nie obyło się bez wpadki – ciasto trochę przykleiło się do stolnicy, ale i z tym zaraz sobie poradziliśmy.

Po przełożeniu do formy piernik piekł się i piekł, a my nie mogliśmy doczekać się końca tego pieczenia. Ciepła herbata na szczęście umiliła nam czekanie, a i zaraz nawiązała się wśród członków Koła Przyjaciół Biblioteki przyjacielska rozmowa.

Wreszcie nadszedł czas wyjęcia naszego piernika z piekarnika. I tu również musieliśmy moment odczekać – ciasto potrzebowało chwili na ostygnięcie. Wtenczas zapach rozniósł się po naszej Kostce Smaku, wyleciał na korytarz i objął całą szkołę.

W końcu ostygnięte trzy warstwy ciasta przełożyliśmy gorącymi powidłami śliwkowymi, a na górze powstałego w ten sposób „wieżowca” pojawił się lukier.

Piernik, oprócz tego, że pachniał niesamowicie, to i tak wyglądał. A jak smakował! Palce lizać.

Piernik, oprócz tego, że pachniał niesamowicie, to i tak wyglądał. A jak smakował! Palce lizać.

Natalia Bajer 2b